List pierwszy
na początek kilka słów o mnie

Opublikowany przez Aplalogia, kwiecień 2021

No więc od czego tutaj zacząć? Od bardzo dawna zadawałem sobie pytanie w jaki sposób pisać o tym, co dla mnie ważne. No właśnie, jak to robić? Ktoś może postawić pytanie: a po co właściwie to robić? Po co zapisywać rzeczy, o których się myśli i o których czasem się mówi. Czy ich wypowiadanie sobie samemu albo innym nie wystarcza? No właśnie po co?

Właściwie to nie za bardzo umiem odpowiedzieć na te pytania. Może fakt zbliżania się do pięćdziesiątki powoduje, że chcę zostawić po sobie coś, co chociaż trochę daje poczucie jakiejś trwałości? No bo co innego po mnie zostanie? Wiem, że to złuda. Wiem, że pisanie na moim komputerze i następnie wywieszenie tego w powszechnie dostępnej przestrzeni internetu niczego nie załatwia. No, ale czy w sensie absolutnym są jakieś stałości? Czy można rzeczywiście zostawić po sobie coś, co nie zostanie owładnięte przez śmierć czy zniszczenie? Wystarczy poczytać trochę na temat możliwych katastrof kosmicznych, które mogą całkowicie zniszczyć życie na ziemi, żeby stracić złudzenia. No, a cóż dopiero coś, co jest jedynie elektronicznym śladem na jakiejś elektronicznej maszynie zwanej serwerem?

Nie, nie mam dzieci. Nie mam też żony. Jestem po prostu księdzem. Ale to wiele nie zmienia, bo tak naprawdę nie wiem, czy jestem zdolny do skonstruowania trwałej relacji z kimś, kogo kocham. Kiedy byłem młodszy nigdy mi się to nie udało. Można nawet powiedzieć, że nie byłem wstanie spróbować, bo moje próby nigdy nie zaszły zbyt daleko. Dlaczego tak się działo/dzieje? Nie wiem, nie umiem na to odpowiedzieć. Oczywiście można powiedzieć, że jestem/byłem niedojrzały. To prawda. Mam wiele społecznych braków. Tylko czy to wyjaśnia kwestię? Myślę, że nie. Bo przecież jest wielu do mnie podobnych nieksięży z życiem rozbitym na wiele kawałków... Tego, czego najbardziej żałuję to to, że nigdy nie spróbowałem. Mieć rozbite życie po tym, jak się próbowało je ułożyć najlepiej jak to możliwe to jest już coś. Niebagatelna wiedza o sobie samym. No, a ja jej nie mam.

No więc jestem księdzem. Na szczęście nie w Polsce. Nie lubię mojego polskiego kościoła. Prawda, że już od bardzo dawna nie mam z nim osobistego kontaktu, że teraz znam go jedynie z opowiadań znajomych albo z internetowych artykułów, ale to i tak wiele nie zmienia. Nie wyobrażam sobie bycia księdzem w Polsce. Po prostu. Zresztą, kiedy rozmawiam z moimi znajomymi z Polski (tymi, którzy dobrze mnie znają) to dostaje pytanie: to jak, jeszcze jesteś księdzem? No, jestem. Nie, żebym miał jakiś specjalny kryzys wiary. Właściwie nie ma we mnie niczego, czego nie było zanim poprosiłem o święcenia i za nim je przyjąłem. No i już wtedy byli tacy, którzy uważali, że nie powinienem zostać księdzem. Dlaczego? No bo jestem heretykiem dla którego nie ma najmniejszego miejsca w Kościele, a co dopiero w jego strukturze (w pewnym stopniu reprezentuję Kościół)... Nikt mi tego głośno nie powiedział, ale najpewniej swoją decyzją zbezcześciłem święte kapłaństwo katolickie. Może tak. Właściwie to nie bardzo chce mi się o tym dyskutować.

No więc dlaczego zostałem księdzem? Wbrew pozorom decyzja była prosta. Powiedziałbym, że zrobiłem to z mojej największej miłości. Takiej, która przychodzi i której sam nie wybierasz. To znaczy możesz jej zawsze powiedzieć nie, ale nie możesz zdecydować, że właśnie postanawiasz się zakochać. Najkrócej mówiąc: jest człowiek, ksiądz, którego mówienie o Bogu rozbudziło we mnie (przed wielu, wielu laty) wiarę w Boga. Ożywiło to, co było martwe. Zaczęło kruszyć to, w czym tkwiłem od zawsze - moje odwieczne i nierozwiązywalne poczucie winy wobec Boga. No i człowiek ten, ksiądz, pewnego dnia zaprosił mnie, żeby dzielić z nim życie we wspólnocie, którą właśnie tworzył. Zgodziłem się i poszedłem w tym do samego końca - zostawiłem moją pracę (najlepszą, jaką miałem w życiu...) i zostałem, tak, jak on, księdzem. Jak dzielić życie to do samego końca. Dla mnie zaś oznaczało to wejść dokładnie w to samo miejsce, w którym on się znajdował. No i zostałem księdzem.

Właściwie to chyba są we mnie dwie miłości wiążące się z tym ważnym dla mnie człowiekiem, księdzem. Myślę, że go kocham (nie chodzi o jakikolwiek sens seksualny) tak, jak kocha się ważne w życiu osoby. Oczywiście po wielu latach naszej znajomości, zdaję sobie doskonale sprawę z jego wad... No i oczywiście nie znoszę ich. Ale jest też inna rzecz, to, o czym napisałem wcześniej - jego mówienie o Bogu obudziło we mnie wiarę i zaczęło zbliżać do Boga. No i ja to mówienie, to dzielenie się wiarą w Boga też pokochałem.

Problem w tym, że człowiek ten, ksiądz, niedawno powiedział mi, że od wielu lat uważa, że nie ma we mnie wiary w żywego Boga, że to nie jest jego Bóg, bo ten mój to taki Bóg, że można sobie robić co się chce i że mój Jezus to tylko taka postać teoretyczna, jakaś teoria historyczna, tak, jak np. Napoleon i że nie ma w tym żadnej żywej wiary i że on od tych kilku lat nie ma do mnie zaufania. No więc w pewnym sensie to już koniec. Od wielu lat wiem, że w takiej sytuacji nie można go do niczego przekonać. Nigdy mi się to nie udało. No więc jestem, gdzie jestem i zbliżam się do pięćdziesiątki.

Na zakończenie tego listu mogę jedno powiedzieć: chcę pisać i pokazywać to tym, którzy chcą to czytać. W tym momencie są to listy - ode mnie do mnie. Taka formuła. Może kiedyś się zmieni. Ze mną nigdy do końca nie wiadomo.

To tyle. Na razie.

← Powrót do strony głównej

Jeżeli chcesz skomentować jakiś wpis, prześlij swój komentarz (razem z pseudonimem przeznaczonym do publikacji) na: apla(małpa)aplalogia(.)com. Autor zostawia sobie prawo do odrzucenia komentarzy propagujących nienawiść, obrażających kogokolwiek lub zawierających elementy reklamowe. Adresy mailowe służą jedynie identyfikacji i nie są publikowane. Jeżeli tego zażądasz - twój mail zostanie usunięty z bazy adresów.

Brak komentarzy