List drugi
co jest nie tak z moją wiarą

Opublikowany przez Aplalogia, kwiecień 2021

Po moim pierwszym liście można byłoby postawić pytanie, co właściwie jest nie tak z moją wiarą? Czemu niektórzy uważają mnie za heretyka? Pytanie jest ciekawe, bo nie przypominam sobie, żebym w sposób otwarty negował któryś z dogmatów katolickich.

Pamiętam, że w przeddzień bodajże moich święceń diakonackich, jeden z moich, że tak powiem, współbraci, ksiądz, wziął mnie na rozmowę i zaczął wypytywać o moje wyznanie wiary. Musiałem się przed nim wytłumaczyć, że jestem katolikiem... Oczywiście, wcześniej spotykaliśmy się wielokrotnie w większej grupie osób i nigdy nie ukrywałem tego, co myślę, czy w co wierzę. W otwarty sposób brałem udział w dyskusjach. Trwało to przynajmniej ze dwa albo trzy lata. No i mój współbrat, ksiądz nigdy mi żadnego pytania nie postawił, nigdy niczego nie skomentował, nie prostował itp. Zdecydowaną większość czasu siedział milcząco i nawet przynaglany nie dawał się wciągnąć w dyskusję... aż do wigilii moich święceń.

Pomijam, w tym momencie, zapędy inkwizytorskie mojego współbrata, księdza, który ustawił się w roli kogoś, kto miał ocenić czy moja wiara jest wystarczająco katolicka czy nie. Nie przypominam sobie, żeby Kościół w jakikolwiek sposób go do tego nominował, ale nie to jest teraz ważne. Mój współbrat, ksiądz z zasady dba o to, żeby wszyscy byli jak najbardziej katoliccy, więc nie było to nic specjalnie osobistego, znaczy się wyjątkowego w stosunku do mnie.

Nie pamiętam już dokładnie tej rozmowy (lata zrobiły swoje), ale to, co było dla niego ważne to to, czy ja wierzę, że Jezus jest Bogiem i czy wierzę, że zmartwychwstał. Odpowiedziałem tak, jak zwykle to robię w takiej sytuacji, że kwestia bóstwa Jezusa nie jest dla mnie zbyt istotna, że nigdy nie poddawałem w wątpliwość decyzji soborowych związanych z Jezusem i nie widzę powodu dla którego nie miałbym ich przyjmować. Nie mam żadnych narzędzi do rozstrzygania ani nawet do stawiania takiego pytania, czy też do poddawania w wątpliwość rozstrzygnięcia. Nie ma we mnie żadnej potrzeby bronienia (ani też atakowania) pozycji Ariusza, bo to nie jest moja pozycja. Przyjmuję takie rozstrzygnięcie Kościoła, z całą świadomością tego, jak do niego doszło.

To, co mnie interesuje i fascynuje to człowieczeństwo Jezusa, jego historia, istotne wydarzenia, które na nią się składają. Chociażby to, jak to było między nim a Yahweh, w co wierzył, za czym szedł, dlaczego podejmował takie, a nie inne decyzje. Cała jego historia. Wiem, że nie można do niej dotrzeć, że dane, które mamy nie pozwalają na to, żeby zbyt dużo o nim powiedzieć. Ale to nie przeszkadza szukać i stawiać pytania. Nie wiem dlaczego jest we mnie taka fascynacja. Nie pamiętam tego, kiedy ona się we mnie zrodziła. Może była od zawsze? A może gdzieś w głębi siebie wierzę, że odnajdując Jezusa jakoś odnajdę siebie? Nie wiem. Wyrosłem i cały zostałem ukształtowany w tradycji chrześcijańskiej, więc można powiedzieć, że to zainteresowanie jest niejako oczywiste. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że z całej tej tradycji właśnie Jezus i jego życie porusza mnie najbardziej.

No tak, tylko, co w tym jest takiego szokującego, że obudziło poważne zaniepokojenie mojego współbrata, księdza? Jak napisałem powyżej mój współbrat ksiądz nie wyraża zbytnio swoich niepokojów, więc nie jest prosto odpowiedzieć na to pytanie. Mnie się wydaje, że w jakiś sposób czuje się zagrożony człowieczeństwem Jezusa. Mówienie o Jezusie w taki sposób jak mówi się o innym człowieku, jak o sobie samym, bez natychmiastowego podkreślania, całej jego boskiej doskonałości i boskiej odmienności od nas ludzi to jakby pozbawiać go tego, co jest w nim najistotniejsze. On przecież nie może dzielić naszych słabości, nie może mieć żadnych wad, ale - i co wydaje mi się ważniejsze - nie może mieć też naszych potrzeb. Mówienie o Jezusie w taki sposób, jakby to wszystko miał to odzieranie go z jego bóstwa, wręcz lekceważenie i poddawanie w wątpliwość jego boskiej natury. Tak przynajmniej wydaje mi się, że mój współbrat, ksiądz myśli.

Oczywiście jest w tym coś więcej i moim zdaniem ten spór ujawnia w istocie spór dużo głębszy, o to kim jest ksiądz katolicki, ale też o to, kim jestem ja sam i kim jest mój współbrat, ksiądz. No bo, czy ksiądz jest człowiekiem? No tak, wszyscy odpowiedzią, że pewnie, że tak i pewnie wielu się oburzy, że stawiam takie pytanie (Głupi jakiś, nie? jakby powiedział mój inny współbrat, człowiek). Oczywiście, że jest! Krzykną zarówno katolicy jak i niekatolicy, co jest jedną z niewielu rzeczy, która ich łączy.

Jest? Na pewno? Tak, jest, ale dokładnie tak samo, jak Jezus. Niby jest, a jednak nie jest. Bo przecież tak, jak Jezus nie posiadał naszych istotnych ludzkich cech (pragnienie miłości drugiej osoby, pragnienie współdzielenia życia z kimś, bycia ważnym w tym, co się robi w swojej pracy i bycia ważnym dla tych, z którymi się żyje, gniewu, złości, wątpliwości, wahań, pomyłek, itp) tak samo ksiądz wielu z nich nie posiada. No bo, czy ksiądz zakochuje się w kobiecie,czy ma pragnienia seksualne, czy potrzebuje być docenionym za to, co robi, za to, jak się poświęca dla innych i za to, jakiego poświęcenia i wyrzeczenia dokonał w swoim życiu? Zgodzić się na to, że nie będzie się żyć z kimś, kogo się kocha, że nie będzie się realizować swoich potrzeb seksualnych, że będzie się tak naprawdę niezwykle samotny w swoim życiu jest ogromnym poświęceniem. No więc czy ksiądz to wszystko ma? No, niby ma, a jednak nie ma.

Problem posiadania i nieposiadania w całej pełni swojego człowieczeństwa rozwiązuje się bardzo prosto u księdza. Jest takie coś, co nazywa się łaską daną od Boga i łaska ta potrafi to wszystko zniwelować. Wystarczy trwać prawdziwie w swoim powołaniu, mieć kontakt z Bogiem, być posłusznym Kościołowi i wszystko staje się dużo łatwiejsze i prostsze. Całe skomplikowanie natury ludzkiej znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a człowieczeństwo księdza staje się niejako ubóstwione. No i tak samo jest z Jezusem i jego boskością. Wszystko to, co w naturze ludzkiej jest niewygodne zostaje zmienione i poprawione przez jego boską naturę i niby jest człowiekiem, ale całkowicie innym od nas.

W takiej sytuacji mówienie o Jezusie jak o człowieku z całą konsekwencją tego faktu i odmowa traktowania jego bóstwa jako czegoś, co niweluje to, co dla nas (księży) jest trudne w człowieczeństwie jest jak uruchamianie swego rodzaju potwora, który za chwilę może nas pożreć. Zjeść cały misterny świat ideałów, jaki sobie zbudowaliśmy. No i nagle okaże się, że pod spodem jest coś, co jest niezwykle kruche, słabe, pełne cierpienia i co niezwykle ciąży.

No więc myślę, że tak, jak ja bijąc się o człowieczeństwo Jezusa biję się tak naprawdę o moje człowieczeństwo, takie jakie ono naprawdę jest, a nie takie, jakie chciałbym żeby było, tak samo myślę, że mój współbrat ksiądz bije się o bóstwo Jezusa bijąc się tak naprawdę o swoje własne ubóstwienie, o realność pewnej zmiany jego samego, jaka się wydarzyła z faktem przyjęcia przez niego święceń (albo powołania, jak ktoś chce). Tak naprawdę myślę, że jest to spór o nas samych, o to, kim jesteśmy: ja i on.

Na zakończenie tego listu chciałbym dodać, że problem ten dotyka także problemu interpretacji Ewangelii. Trzy z nich: Marka, Mateusza i Łukasza nie zawierają żadnych przekonujących wzmianek na temat tego, że Jezus był Bogiem, albo, że w jakikolwiek sposób myślał o sobie, że jest Bogiem. No więc uciekanie się do swoistego filtru boskiego w interpretowaniu zachowań Jezusa w tych trzech ewangeliach wydaje się całkowicie niezgodne z tym, co ich autorzy chcieli nam przekazać. Reszta jest milczeniem.

Trochę się rozpisałem, więc kończę. Na razie.

← Powrót do strony głównej

Jeżeli chcesz skomentować jakiś wpis, prześlij swój komentarz (razem z pseudonimem przeznaczonym do publikacji) na: apla(małpa)aplalogia(.)com. Autor zostawia sobie prawo do odrzucenia komentarzy propagujących nienawiść, obrażających kogokolwiek lub zawierających elementy reklamowe. Adresy mailowe służą jedynie identyfikacji i nie są publikowane. Jeżeli tego zażądasz - twój mail zostanie usunięty z bazy adresów.

Brak komentarzy