List trzeci
No to teraz o zmartwychwstaniu!

Opublikowany przez Aplalogia, kwiecień 2021

Rozpisałem się w moim poprzednim liście, a i tak nie skończyłem. No bo nie poruszyłem jeszcze jednej rzeczy, o którą dopytywał mnie mój współbrat, ksiądz w czasie naszego słynnego przesłuchania. Mianowicie nic nie napisałem o mojej wierze (lub niewierze) w zmartwychwstanie Jezusa. Więc wierzę czy nie? Pytanie postawione, nie można uciec od odpowiedzi.

Najkrócej, jak to możliwe powiem, że wierzę, że Jezus żyje. Wierzę, że po swojej śmierci ukazał się niektórym ze swoich uczniów. Wierzę, że tradycja, która przekazuje nam te wydarzenie, aczkolwiek mocno przerobiona poprzez lata (trzydzieści - sześćdziesiąt lat po wydarzeniach) nie jest fałszywa w swojej istocie i że uczniowie mówiąc o swoich spotkaniach z Jezusem po jego śmierci nie oszukiwali. I tyle. Więc skąd problem?

Tak, jak napisałem w poprzednim liście trudno jest mi zrozumieć zarzuty, jakie stawia mi mój współbrat, ksiądz. Nie przypominam sobie, żebym mówił, że nie wierzę w zmartwychwstanie Jezusa (co do samego słowa zmartwychwstanie należy się komentarz, ale to za chwilę). Natomiast mówiłem z pewnością, że nawet gdyby okazało się, że Jezus nie zmartwychwstał, to to nie zmieni mojej wiary w niego. Wbrew temu, co pisał Paweł z Tarsu, moja wiara nie jest ufundowana na zmartwychwstaniu. Nie jest bo, w przeciwieństwie do Pawła, ja nigdy nie miałem teologicznego problemu z przyjęciem kogoś, kto był ukrzyżowany i nigdy (w sensie dosłownym) Jezusa zmartwychwstałego nie widziałem. Mógłbym mówić o momentach przełomu w mojej wierze, o czymś, co może przypominać zmianę, jaka wydarzała się w duszy kogoś, kto takiego Jezusa spotykał, ale nie mogę mówić o swoim spotkaniu z Jezusem Zmartwychwstałym. No, chyba że w metaforach, ale to nie ma żadnego znaczenia.

Mam pełną świadomość, że moja wiara w to, że Jezus żyje jest krucha. Nie można oczekiwać ode mnie, że będę próbował przekonać kogokolwiek do niej, ani, że dostarczę dowodów na jej prawdziwość. Życia też za nią nie oddam. Moja wiara opiera się na dwóch rzeczach. Pierwsza to moje elementarne zaufanie do tych, którzy ją przekazali. Ja im wierzę. Wierzę, że pierwsi uczniowie, którzy spotykali Jezusa po jego ukrzyżowaniu byli przekonani, że to właśnie jego spotykają, tego samego, za którym chodzili, którego słuchali, z którym jedli. Czy się mylili? Być może. Nie mnie to osądzać. Ja im wierzę, więc jeżeli oni się pomylili to i ja się mylę.

Drugi powód mojej wiary w to, że Jezus żyje, wynika z głęboko zakorzenionej we mnie nadziei, że śmierć nie kończy wszystkiego. Nie wiem dlaczego tak jest, ale taka nadzieja mi towarzyszy od zawsze. Liczę na to, że nasze życie tutaj nie kończy naszej przygody, że jest coś więcej. Co i jak, to już inna kwestia i ja tego nie wiem, ale nie zmienia to mojej nadziei.

No to teraz trochę komentarza. Pisząc o mojej wierze, cały czas podkreślam, że wierzę w to, że Jezus żyje i pomijam słowo zmartwychwstanie, jak tylko się da. Nie ma w tym żadnego przypadku. Robię to celowo. Zmartwychwstanie jest bowiem swego rodzaju ideą teologiczną, która była niezwykle ważna w pierwszym wieku naszej ery dla wszystkich tych, którzy oczekiwali nastania panowania Bożego. Wierzono bowiem, że wraz z nastaniem królestwa Bożego, jego jednym z pierwszych znaków, będzie powszechne zmartwychwstanie tych, co pomarli. Nie jest to to samo, co życie po śmierci. W tym wypadku chodziło niejako o ponowny powrót do życia. Najpewniej ujęty w różny sposób. Wystarczy poczytać, co na ten temat pisze Paweł z Tarsu w swoich listach (np. pierwszy list do Koryntian) i porównać czy to samo mamy na myśli mówiąc o zmartwychwstaniu. Nie wnikając w szczegóły można śmiało powiedzieć, że kiedy uczniowie ogłaszali zmartwychwstanie Jezusa to mieli na myśli to, że proces nadejścia panowania Boga właśnie się zaczął i że obiecane zmartwychwstanie już następuje i że jego ważnym punktem będzie powrót w chwale Jezusa z Nazaretu (być może tak, jak ujmują to Dzieje Apostolskie mówiąc o Szczepanie), który na pewno niedługo nastąpi. Mówiąc o tym, że Jezus żyje chcę się wyłączyć z tych teologicznych oczekiwań (one się nie zrealizowały - były zwyczajnie niecelne) związanych ze słowem *zmartwychwstanie*.

Najprawdopodobniej tak też wyglądało pierwsze ogłoszenie zmartwychwstania - uczniowie mówili sobie nawzajem i innym, że Jezus żyje, że go spotkali. Najprawdopodobniej dopiero z czasem i najpewniej w czasie katechez mówionych we wspólnocie albo ogłaszanych w synagogach czy w innych miejscach publicznych, zaczęto mówić o zmartwychwstaniu, czyli teologicznie ubierać to wydarzenie. Było to o tyle ważne, że z jednej strony mamy nasze doświadczenia - w tym wypadku spotkania z Jezusem po jego śmierci - a z drugiej strony nadajemy tym wydarzeniom pewien sens i znaczenie - w tym wypadku poprzez użycie teologicznej idei zmartwychwstania oznaczającego początek królestwa Bożego. Kiedy czyta się opowiadania o spotkaniach ze zmartwychwstałym Jezusem w ewangeliach to widać wyraźnie ten proces teologizowania. Np. opowiadanie o uczniach idących do Emaus, w którym jest wyraźny nacisk na wagę uczestniczenia we wspólnotowych spotkaniach, w czasie których objaśniano Pisma i łamano chleb. To ten spotkania dają okazję rozpoznania, że Jezus jest żywy.

To, w co wierzę to to, że po śmierci Jezusa uczniowie (niektórzy z nich) doświadczali spotkania z nim i byli przekonani, że on żyje. Ale nie będę udawał, że to, w jaki sposób tłumaczyli sobie to wydarzenie, jaki sens mu nadawali i jakie konsekwencje w nim widzieli to nie jest już dla mnie tak bardzo przekonujące. Nie żebym to negował. Chodzi mi o to, że w nadawaniu sensu znaczeniom zwykle jesteśmy bardzo mocno zanurzeni w naszych czasach i w obrazach, jakie w tych czasach obowiązują. To są też nasze ograniczenia. Trudno bowiem robić inaczej. No bo jak przeskoczyć, że tak powiem, siebie samych? Nie da się, a jeżeli nawet to jest to niezwykle rzadkie i wyjątkowe.

Siłą rzeczy co innego znaczyło zmartwychwstanie w czasach Jezusa a co innego oznacza ono dzisiaj. My dzisiaj nie mamy tej samej teologii, bo nasz kontekst jest inny. Dla nas zmartwychwstanie związane jest z czasami ostatecznym, które jeszcze się nie zaczęły i nie wiemy, kiedy nadejdą. Dla nas nie jest to początek panowania Boga tutaj na ziemi, ustanawiania przez Niego samego swojego porządku między nami (z miejsca centralnego, jakim była Jerozolima), ale jest to związane z czymś przeciwnym: z końcem świata i z życiem z samym Bogiem. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, że dzisiaj teologia zmartwychwstania nie ma tej samej siły, co w pierwszym wieku. Nie ma tej samej mocy, bo jej sens jest zupełnie inny.

Nasze czasy nie są ani czasami Jezusa, ani czasami pierwszego, drugiego czy trzeciego pokolenia jego uczniów. Gdybyśmy dzisiaj pisali opowiadanie o drodze do Emaus, to tam z całą pewnością nie byłoby objaśniania Pisma i łamania chleba, ale kazanie i Eucharystia. Być może większość teologów powie, że różnica jest nieistotna, bo to to samo. No, nie to samo. W głęboko ukrytym sensie teologicznym może i tak, ale historycznie nie. Uczniowie idący do Emaus i słuchający, jak nieznajomy, który się do nich przyłączył, wyjaśnia im Pisma, zapraszają go na kolację. I w czasie tej kolacji, ten nieznajomy łamiąc chleb pomaga im rozpoznać (uwierzyć?), że Jezus żyje. Dzisiaj odpowiednicy takich uczniów pewnie zaprosiliby go na Mszę, a to już całkowicie inna historia... Czytając Pisma (Pismo) warto o tym wiedzieć.

Na dzisiaj to chyba tyle. Trzeba iść spać. Jutrzejszy dzień nie jest wcale łatwy. Na razie.

← Powrót do strony głównej

Jeżeli chcesz skomentować jakiś wpis, prześlij swój komentarz (razem z pseudonimem przeznaczonym do publikacji) na: apla(małpa)aplalogia(.)com. Autor zostawia sobie prawo do odrzucenia komentarzy propagujących nienawiść, obrażających kogokolwiek lub zawierających elementy reklamowe. Adresy mailowe służą jedynie identyfikacji i nie są publikowane. Jeżeli tego zażądasz - twój mail zostanie usunięty z bazy adresów.

Brak komentarzy