List czwarty
o książce Theissen'a i o tym, co zrobiła w moim życiu

Opublikowany przez Aplalogia, maj 2021

Czy zdarza się wam, czytając po raz kolejny ten sam tekst biblijny, spojrzeć na niego w całkowicie nowym świetle? Pewnego dnia odkryć jego nowy sens, zobaczyć w nim coś, czego nigdy wcześniej albo nie widzieliście, albo nie odważyliście się zobaczyć? Pewnie tak. Ja chciałbym pójść jeszcze dalej i postawić pytanie, czy zdarzyło się wam, chociaż raz w życiu, zobaczyć całość zupełnie inaczej? Spojrzeć na Biblie, na Ewangelie z zupełnie innego punktu widzenia, z takiego, z którego nigdy dotąd nie patrzyliście i nawet nie wiedzieliście, że można tak patrzeć? No i wszystko, co do tej pory wydawało się dziwne i niezrozumiałe, nagle nabrało sensu? Po takim wydarzeniu nie można już wrócić do tego spojrzenia, jakie miało się wcześniej.

Mnie się to zdarzyło i to przynajmniej dwa razy. Pierwszy raz było to w czasie lektury książki Gerda Theissen'a Czasy Jezusa. Tło społeczne pierwotnego chrześcijaństwa. Książki kupionej przypadkowo, bo nie znałem wcześniej Theissen'a i nieprzypadkowo, bo historyczna lektura tekstów biblijnych (od czasu moich studiów teologicznych) nie tylko nie była mi obca, ale w pewnym momencie stała się moją fascynacją. Czytanie książek z egzegezy biblijnej sprawiało mi ogromną przyjemność. Oczywiście, jak każda książka nieznanego mi wcześniej autora, tak samo i ta trafiła najpierw na półkę i spędziła tam niemałą chwilę. Ale w pewnym momencie przyszedł na nią czas.

Tytuł okazał się nieco mylący, bo tak naprawdę książka nie była o czasach Jezusa, czyli o tym, jak wyglądała Galilea, kiedy Jezus żył, w jaki sposób żyli tam ludzie, czym się zajmowali i w co wierzyli. Ona była wprost o Jezusie i ruchu, który wyrósł z jego nauczania, o tym, w jakich warunkach społecznych funkcjonował, rozwijał się i jakim zasadom społecznym podlegał.

Jej główną tezą było to, że Jezus - po chrzcie u Jana - zaczął ogłaszać rychłe nastanie panowania Jahwe i całe jego życie od tego momentu aż do jego śmierci na krzyżu było podporządkowane temu orędziu. Przekonany, że za chwilę Jahwe dokona swojej ostatecznej interwencji, że wyzwoli Izrael, Jezus zaczął żyć jak wędrowny charyzmatyk, który obchodzi różne miejsca, żeby ogłosić nowinę. No i ponieważ czasu było mało (panowanie miało nadejść już za chwilę) trzeba było porzucić wszystko inne i całkowicie oddać się tej misji. Każdy miał prawo usłyszeć tę nowinę i odpowiednio przygotować się na nadchodzące wydarzenie.

Misja ta wymagała oczywiście wyrzeczeń. Theissen nazywa je wyrzeczeniami: domu, rodziny, bogactwa i obrony. Wędrowny charyzmatyk opuszczał swój dom i swoich bliskich, co niemalże automatycznie prowadziło do konfliktu (Mk 3, 21nn) no i pozbawiało bezpieczeństwa. Żył zaś z tego, co otrzymał od innych, tych, którzy przyjmowali jego samego i Dobrą Nowinę, którą głosił. Oczywiście Jezus nie był sam w swojej misji - zapraszał do niej innych (uczniowie/apostołowie) i od każdego wymagał takiej samej decyzji, jaką on podjął - zostawić wszystko i żyć z głoszenia Dobrej Nowiny (np. Łk 9, 57nn). To życie w przekonaniu nadchodzącej i wyzwalającej interwencji Jahwe w sposób trwały naznaczało to, co Jezus robił i mówił.

No i to zmienia całkowicie perspektywę w spojrzeniu na ewangelie. Pamiętam, że do tego momentu Jezus był dla mnie swego rodzaju mistrzem duchowym i życiowym. Podobnym do innych, znanych z historii, ale jednocześnie zdecydowanie innym. Dwoistość jego natur (boskiej i ludzkiej) powodowała, że jego gesty i słowa miały zdecydowanie większe znacznie niż kogokolwiek innego w historii. Dla mnie Jezus w najpełniejszy sposób objawiał Boga. Oczywiście nie w sposób teoretyczny czy teologiczny, bo on przecież niczego nie napisał i na tym polu nie mógł się równać z innymi, ale w sposób zdecydowanie praktyczny.

Słowa i gesty Jezusa zapisane w ewangeliach miały znaczenie uniwersalne. Nie ograniczały się tylko do momentu historycznego, w którym zostały wypowiedziane, ale odnosiły się do każdego momentu w historii i do wszystkich czasów. Jezus wypowiadał je po to, żeby uchylić tajemnice, które inaczej nie były nam dostępne. Chodził po Galilei i Judei, uzdrawiał, wypędzał demony, dokonywał cudów i nauczał, ukazując obecność Boga w życiu ludzi i ucząc, jak można tę obecność w swoim życiu rozpoznać.

Czytając ewangelie trzeba było ten uniwersalny sens odkryć, zobaczyć to przesłanie, które Jezus przekazywał. Oczywiście, sprawa nie była prosta, bo słowa (i gesty) Jezusa zostały wypowiedziane w określonym kontekście kulturowym i teologicznym, no i w specyficznym języku. Nie ułatwiało ich rozumienia też to, że zostały zapisane kilkadziesiąt lat po wydarzeniach przez ludzi, którzy nie znali bezpośrednio Jezusa i korzystali ze świadectw ustnych (być może też pisemnych) przekazanych przez innych. Trudność była ewidentna i duże pole dla badań historyczno-krytycznych. Pewne było jedno: uniwersalny i unikalny sens słów i gestów Jezusa warty był tych poszukiwań i wart był wysiłku.

Theissen to wszystko mi zmienił, bo pokazał innego Jezusa niż tego, którego znałem. Ten mój był konstruktem moich czasów, Jezusem z mojej epoki, kimś takim jak ja. Jego gesty i słowa odnosiły się da całego życia. Królestwo, które głosił przychodziło częściowo wraz ze śmiercią, a całościowo miało ukazać się gdzieś na końcu czasów (być może w mojej epoce, ale niekoniecznie). I on to wszystko głosił i zapowiadał. Kiedy mówił o tym, że to jest bliskie to chciał uczulić na to, że trzeba być cały czas czujnym, bo nie znamy ani dnia ani godziny. No, a poza tym można przecież w każdej chwili umrzeć.

Ten Theissen'a nie miał mojej perspektywy czasowej. Żył w swoich czasach, w swojej epoce, nie w mojej. Dla niego wyzwalająca interwencja Jahwe nadchodziła już teraz, a nie kiedyś, na końcu czasów. Mówił, że jest blisko, bo wierzył, że to jest historia dni, tygodni czy miesięcy. Swoimi gestami i słowami właśnie ten krótki czas (a raczej ten brak czasu) chciał ogarnąć. Nie przygotowywał na to, co miało nadejść kiedyś, na końcu czasów, ale na to, co nadchodziło już teraz, za chwilę. Ta różna perspektywa czasowa jest ważna, bo Jezus nie był kimś, kto dawał program na całe długie życie, ale kimś, kto mówił, jak żyć w tej resztce czasu, która nam została, żeby zostać przyjętym przez Jahwe do jego królestwa.

Po Theissen'ie, Jezus z uniwersalnego i unikalnego mędrca stał się dla mnie prorokiem nadchodzącego królestwa. Z objawiającego, w swoim głoszeniu i zachowaniu, ukryty sens rzeczy, stał się kimś, kto przygotowywał na nadchodzące panowanie Jahwe i nadawał sens oczekiwaniu (krótkiemu) na nie. W swoim nauczaniu, w swojej etyce, Jezus nie wprowadzał programu na całe życie czy też całe wieki istnienia Kościoła, ale dawał rady, jak najlepiej - według niego - przygotować się na to, co za chwilę ma nadejść. To, co zawsze było niezwykle trudne do zrozumienia (i przyjęcia), czyli radykalizm Jezusa, nagle stało się jasne i zrozumiałe. No bo co innego jest mówić komuś zostaw swoich bliskich i żyj w celibacie mając na myśli krótki czas (tydzień, miesiąc, rok?) niż mówić, żeby żył tak przez całe życie. Łatwiej jest powiedzieć pogódź się z tym, który cię skrzywdził i nie trać czasu na chodzenie po sądach jeżeli jest się przekonanym, że za chwilę Jahwe wymierzy za nas całą sprawiedliwość niż zachęcać kogoś do tego, żeby uczynił to programem na całe swoje życie. No i oczywiście to samo odnosi się do natychmiastowego opuszczenia wszystkiego i życia z głoszenia Dobrej Nowiny o nadchodzącym królestwie. No bo niby dlaczego ktoś nie miałby najpierw pójść pożegnać się ze swoimi bliskimi albo kogoś bliskiego pochować (odmowa pochówku w starożytności była czymś niezwykle okrutnym) jeżeli szykowałby się do misji, która miałaby trwać całą resztę jego życia? Czy ten krótki moment, oddany innym, miał jakiekolwiek znaczenie wobec następnych lat poświęconych na chodzenie za Jezusem? Nie da się tego racjonalnie zrozumieć, jeżeli nie założy się, że właśnie czas miał tutaj kluczowe znaczenie, bo Jezus nie powoływał do misji, która miała trwać całą resztę czyjegoś życia, ale do misji, która mogła trwać dni lub tygodnie i pewnie nie dłużej niż rok...

Po przeczytaniu Theissen'a, Jezus stał się dla mnie prostszy i bardziej racjonalny, a Ewangelie dużo bardziej zrozumiałe i klarowne. Fakt, że zintegrowanie tego wszystkiego zabrało mi trochę czasu, bo to nie takie proste patrzeć inaczej na wszystko. Najpierw jest niezwykła radość i olśnienie z powodu odkrycia - tak, jak w zakochaniu. Potem przychodzi lęk, no bo, jak o tym wszystkim mówić? A jak nie mówisz, to wchodzisz w stare schematy i sposoby patrzenia. No i w pewnym momencie masz dość tego wewnętrznego dualizmu i zaczynasz mówić. I wtedy nie ma już powrotu. Można już tylko iść dalej i patrzeć, gdzie ta droga prowadzi.

Jezus stał się też bardziej ludzki. Zaczął mieć naprawdę ludzkie rysy i być w pełni zanurzonym w swoich czasach. Zaczął być Żydem z Galilei, który miał swoją własną historię, swoje rodzinne zmagania, swój życiowy przełom (tzw. chrzest janowy) po którym już nie wrócił do domu i swoje osobiste widzenie Boga i tego, jak działa. Oczywiście, jego wyjątkowość nie zniknęła. Jego odkrycie, że Jahwe to Abba, jego uzdrowienia czy egzorcyzmy. Fakt, że w tym co zrobił, jego uczniowie odkryli zbawcze i odkupieńcze działanie Boga. To, że fascynacja jego osobą i refleksja nad jego życiem sprawiły, że w pewnym momencie zaczęto dostrzegać w jego osobie ujawnienie się Boga samego, swoiste i jedyne w swoim rodzaju zbliżenie Boga do świata i człowieka. To, że z jego życia wyrosła aktualnie największa na świecie religia, że pod wpływem jego nauczania powstało tak wiele dzieł charytatywnych, w których ważni są ci, którzy zostali odrzuceni przez innych. To wszystko i wiele innych rzeczy nie zniknęło. To nadal aktualne. Ale, co niezwykle ważne, to wszystko zajęło swoje właściwie miejsce. Bo jedno to Jezus taki, jaki był, a drugie to długa i skomplikowana refleksja nad nim, nad wiarą, którą obudził i jej owoce. Bo to nie to samo.

Problem z Jezusem z mojej epoki jest taki, że wszystko jest pomieszane i nie robi się już żadnej różnicy między tym, kim Jezus był, a tym, co myślimy i co wierzymy o nim samym, a przede wszystkim, co zaczęliśmy wierzyć i myśleć o nim samym i o jego dziele lata czy wieki po tym wydarzeniu. Wszystko jest zlane - Kościół z dzisiaj umieszczony jest w jego czasach, a w jego słowach i gestach zaczynamy doszukiwać się uzasadnień dla naszej refleksji i naszych struktur. W efekcie komentując ewangelie mówimy o spowiedzi, komunii, mszy, chrzcie, sakramencie małżeństwa i naszym kapłaństwie, odkupieniu i zbawieniu, a nie o wyzwoleniu Izraela, które za chwilę ma nadejść. Patrzymy na te teksty, jakby wprost mówiły o naszych dogmatach, więc Jezus wybierając dwunastu apostołów nie zaczyna fundować odnowionego ludu czekającego na wyzwolenie, ale wybiera naszych biskupów i za każdym razem, kiedy wyróżnia spośród nich Piotra mówi automatycznie o papieżu. Albo kiedy woła do kogoś Pójdź za mną to oznacza dla nas powołanie do kapłaństwa albo do życia zakonnego, a nie wołanie o pomoc w ostrzeżeniu wszystkich przed rychłym nadejściem panowania Jahwe.

Oczywiście przykłady można mnożyć. Efekt jest taki, że nikt już nie rozumiem, o czym mówią ewangelie, bo one przestają być dziełami napisanymi w pierwszym wieku, czterdzieści czy sześćdziesiąt lat po życiu Jezusa, a stają się jedynie zlepkiem tekstów uzasadniających naszą współczesną narrację o Kościele, jego strukturze i decyzjach. Takie Ewangelie przestają być interesujące i inspirujące. No i zasłaniają rzeczywistego Jezusa, a tego szkoda mi najbardziej.

Theissen pozwolił mi to wszystko odgrzebać. Nie był on pierwszym w historii egzegezy, który to zobaczył (wielkie brawa dla Alberta Schweitzera za odwagę!!!). On tylko dziedziczył to, co inni już odkryli, ale w mojej historii to on (i jego książka o Czasach Jezusa) był tym, który to przede mną odkrywał. No i zmienił moje życie.

To długi list. Trzeba kończyć, bo nie wiadomo, czy ktoś jeszcze czyta...

← Powrót do strony głównej

Jeżeli chcesz skomentować jakiś wpis, prześlij swój komentarz (razem z pseudonimem przeznaczonym do publikacji) na: apla(małpa)aplalogia(.)com. Autor zostawia sobie prawo do odrzucenia komentarzy propagujących nienawiść, obrażających kogokolwiek lub zawierających elementy reklamowe. Adresy mailowe służą jedynie identyfikacji i nie są publikowane. Jeżeli tego zażądasz - twój mail zostanie usunięty z bazy adresów.

Brak komentarzy